sobota, 22 października 2011

Theo Jansen

Amazing mind of an artist and engineer. Beautiful idea behind his sculptures

"(...) and hopefully one day they will be able to live the life of their own on Duch sanddunes.(...)hopefully  I could die knowing they will live on  the beaches(...)"

gentelness, cleverness, thoughtfulness and much more.....

piątek, 21 października 2011

Warsztaty Teatru Cienia w Kołbaczu

zamieszanie przy ekranie:)
Na straganie w dzień targowy
Takie słyszy się rozmowy:
“Może pan się o mnie oprze,
Pan tak więdnie, panie koprze.”
“Cóż się dziwić, mój szczypiorku,
Leżę tutaj już od wtorku!”
Rzecze na to kalarepka:
“Spójrz na rzepę – ta jest krzepka!”
Groch po brzuszku rzepę klepie:
“Jak tam, rzepo? Coraz lepiej?”
“Dzięki, dzięki, panie grochu,
Jakoś żyje się po trochu.
     Lecz pietruszka – z tą jest gorzej
Blada, chuda, spać nie może
“A to feler-
  Westchnął seler
Burak stroni od cebuli,
A cebula doń się czuli:
“Mój Buraku, mój czerwony,
Czybyś nie chciał takiej żony?”
Burak tylko nos zatyka:
“Niech no pani prędzej zmyka,
Ja chcę żonę mieć buraczą,
Bo przy pani wszyscy płaczą.”
seler i cebula
“A to feler” -
Westchnął seler.
Naraz słychać głos fasoli:
“Gdzie się pani tu gramoli?!”
“Nie bądź dla mnie taka wielka” -
Odpowiada jej brukselka.
“Widzieliście, jaka krewka!” -
Zaperzyła się marchewka.
“Niech rozsądzi nas kapusta!”
“Co, kapusta?! Głowa pusta?!”
A kapusta rzecze smutnie:
“Moi drodzy, po co kłótnie,
Po co wasze swary głupie,
Wnet i tak zginiemy w zupie!”
“A to feler” -
Westchnął seler.
burak i cebula
 "Spichlerzowi Sztuki", a szczególnie Małgosi i Radkowi, dziękujemy bardzo za zaproszenie nas do Kołbacza na występy Teatrzyku BONBON oraz warsztaty teatralne. Z całą pewnością były to jedne z milszych warsztatów tego roku. Wszyscy uczestnicy bardzo chętni do pracy i zaangażowani. Cudowna atmosfera i przemiła opiekunka Świetlicy:):):) 
próby przed występem

próby przed występem

przygotowanie marionetek

pierwsza scenografia i ekran

zakochana cebula:)

przygotowywanie pudełek do "występów":)

przygotowywanie pudełek do "występów")
(...) na co wasze swary głupie, wszak i tak zginiemy w zupie"

sobota, 15 października 2011

Teatrzyk BONBON + BRATEK= "JazzBand"






14 października wraz ze Stowarzyszeniem Pomocy Dzieciom "Bratek" świętowałyśmy Dzień Nauczyciela.
Z tej okazji BONBON wraz z dwoma grupami dzieci z Ośrodka przygotował 2 przedstawienia. Pierwsze do znanego utworu z Akademii Pana Kleksa "Dzik jest dziki", drugie "JazzBand".
Obydwa przedstawienia wzbudziły wiele pozytywnych i energetyzujących emocji, tak ze strony aktorów jak i widowni.
Rezultaty cieszą, tym bardziej iż jeszcze 5 tygodni temu dzieci  nie dość, że podchodziły do nas z nieufnością, to nie wykazywały jakiejkolwiek chęci współpracy. Jak widać na zdjęciach - zaprzyjaźniliśmy  się :)
Wciąż czeka nas wiele pracy, ale jest to praca bardzo przyjemna i dająca wiele satysfakcji. Nie ukrywając wielki wpływ na to mają  WSZYSCY PRACOWNICY OŚRODKA, którzy bardzo nam pomagają swoją wiedzą, umiejętnościami i entuzjazmem. W imieniu Teatrzyku BONBON dziękuję.
Mamy nadzieję że nasza dalsza współpraca będzie układała się równie pomyślnie.





Przed nami listopadowe przedstawienie z przedszkolakami z okazji Dnia Misia:) oraz grudniowa gala w barlineckiej PANORAMIE z okazji Światowego Dnia Niepełnosprawności gdzie przedstawimy 10 minutową etiudę pt. "Zima"
Zainteresowanych zapraszam do śledzenia bloga i strony FB

wtorek, 11 października 2011

BONBON w "Bratku"

Beata, Patryk i Iwona za parawanem:)

"...bardzo trudno jest mi  orzec, czy to ptak czy nosorożec"

"...małpy skaczą niedościgle, małpy robią małpie figle"

nosorożco-ptak przed wylotem do "Bratka", owinięty w kartonowy parawan teatralny:)
Od początku września Teatrzyk BONBON prowadzi warsztaty teatralne w przedszkolu i ośrodku pomocy dzieciom niepełnosprawnym. Współpraca jest niesamowicie dynamiczna i pełna nowych, ciekawych wyzwań, dzieciaki powoli zaczynają nas lubić i współpracować.My także zaczynamy mieć swoich ulubieńców:)
 W czwartek 13.10.2011 organizujemy pierwsze dwa przedstawienia-jedno pod tytułem "Dzik jest dziki" na podstawie znanej piosenki z "Pana Kleksa" , drugie "Jazz Band"-freestyl'owa aranżacja koncertu grupy jazzowej wg.pomysłu Beaty Jabłońskiej. Fotorelacja wkrótce:):):)

niedziela, 9 października 2011

Julio Cortazar "W orbicie kotów"


 Kiedy Alana i Ozyrys na mnie
  patrzą, nie odczuwam najmniej-
szego fałszu, najmniejszej nie-
szczerości. Patrzą mi prosto
w oczy, Alana swoim świetlistym błękitem, a Ozyrys
swym zielonym promieniem. Na siebie patrzą tak sa-
mo. Alana głaszcze czarny grzbiet Ozyrysa, który
unosi pyszczek sponad spodka z mlekiem i miauczy
z zadowoleniem, kobieta i kot, których nie dosięgają
moje pieszczoty, którzy rozumieją się na mnie nie-
dostępnych planach. Od dawna zrezygnowałem
z wszelkiej władzy nad Ozyrysem, ot, jesteśmy przy-
jaciółmi zachowującymi pewien nieprzekraczalny dys-
tans; ale Alana jest moją żoną i dystans między nami
znajduje się w innym wymiarze, czego ona wydaje
się nie odczuwać, ale co ciąży na moim szczęściu, kie-
dy na mnie patrzy, kiedy patrzy mi prosto w oczy
tak jak Ozyrys i kiedy uśmiecha się do mnie lub do
mnie mówi, tak jakbyśmy byli jednością w każdym
geście i w każdym słowie oddając mi się tak, jak
można się oddawać w miłości, a całe jej ciało jest
tafcie jak jej spojrzenie, pełne czułości, nieustannie się
odwzajemniające.
To dziwne, jakkolwiek zrezygnowałem z pełnego
włączenia się w świat Ozyrysa, moja miłość do Alany
nie chce przyjąć owej płaskości czegoś całkowicie za-
kończonego, stylu nierozłącznej pary, życia bez ta-
jemnic. Za tymi błękitnymi oczami jest coś więcej,
na dnie słów i jęków, i milczeń dyszy inne królestwo,
oddycha inna Alana. Nigdy jej tego nie powiedziałem,
za bardzo ją kocham, ażeby zarysowywać powierz-
chnię szczęścia, po której prześliznęło się już tyle dni,
tyle lat. Na swój sposób upieram się, by zrozumieć,
coś odkryć; obserwuję ją, ale bez podpatrywania; cho-
dzę za nią, ale bez podejrzeń; kocham cudowny oka-
leczony posąg, nie dokończony tekst, fragment nieba
wpisany w okno życia.
Był czas, kiedy myślałem, że muzyka jest drogą,
która doprowadzi mnie do Alany; patrząc na. nią,
słuchać naszych nagrań Bartoka, Duka Ellingtona,
Gal Costy, powolna przejrzystość pomagała mi za-
nurzyć się w niej, muzyka obnażała ją w jakiś inny  

sposób, robiąc ją coraz bardziej Alaną, bo Alana nie
mogła być tylko tą kobietą, która zawsze patrzy mi
prosto w oczy, nic przede mną nie ukrywając. Prze-
ciw Alanie, poza Alaną szukałem jej, by kochać ją
lepiej; i jeżeli z początku muzyka ukazywała mi inne
Alany, nadszedł dzień, kiedy ujrzałem, że przed szty-
chem Rembrandta jeszcze bardziej się zmieniła, jak
ruch chmur na niebie, który nagle zamącą układ
świateł i cieni pejzażu. Poczułem, że malarstwo najbar-
dziej wyzwala ją z niej samej, dla tego jedynego wi-
dza, który może ogarnąć migawkową, nigdy
^ już nie
do powtórzenia przemianę, uchwycenie Alany w Ala-
nie. Mimowolni orędownicy, Keith Jarrett,
Beethoven
i Aníbal Troiło pomogli mi się zbliżyć, ale wobec
obrazu lub sztychu Alana przekraczała własne o so-
bie wyobrażenie, na chwilę zanurzała się w wyima-
ginowanym świecie, ażeby nie wiedząc o tym wyjść
z siebie, idąc od obrazu do obrazu, omawiając je lub
milcząc, talia kart, którą każde nowe zapatrzenie-ta-
sowało dla tego, co, dyskretny i uważny, stojący tro-
chę za nią lub trzymający ją pod rękę, patrzył na ko-
lejne damy i asy, piki i trefle. Alana.
' Cóż można było począć z Ozyrysem? Nalać mu
mleka, pozostawić go w tym czarnym, zadowolonym
i mruczącym kłębku; ale Alanę mogłem zaprowadzić
do galerii obrazów, tak jak to zrobiłem wczoraj, by
raz jeszcze być świadkiem owego teatru lustra i ciem-
ni, obrazów ożywających na płótnie wobec tego in-
nego obrazu wesołych dżinsów i czerwonej bluzki, co
zgasiwszy przy wejściu papierosa, przechodzi od
płótna do płótna, zatrzymując się w dokładnie wykal-
kulowanej odległości, co jakiś czas zwracając się do
mnie, aby coś skomentować lub porównać. Nigdy by
nie mogła się domyśleć, że nie jestem tam dla obra-
zów, że mój sposób patrzenia trochę z tyłu, a trochę
z boku nie ma nic wspólnego z jej sposobem patrze-
nia. Nigdy nie mogłoby jej przyjść do głowy, że jej
powolna, zmyślona wędrówka od obrazu do obrazu
zmienia ją tak, że muszę zamykać oczy, walcząc, by
nie objąć jej mocno i nie porwać w jakieś delirium,
w jakiś oszalały bieg po ulicy. Swobodna, lekka, peł-
na naturalności w rozkoszowaniu się i odkrywaniu,
a jej przystanki, jej zapatrzenia wpisywały się w czas
całkowicie - odmienny  od mojego, nie mający  ńic

wspólnego ze spazmatyczną niecierpliwością mego
pragnienia. .
Do tej chwili wszystko było zaledwie zapowiedzią,
Alana w Muzyce, Alana i Rembrandt. Ale teraz moja
nadzieja zaczynała się spełniać w sposób niemalże nie
do zniesienia, od przyjścia Alana oddała się obrazom
ze straszliwą niewinnością kameleona przechodzące-
go z jednego stanu w drugi, kameleona, który nie wie,
że ukryty obserwator czatuje, by w pozycjach, w po-
chyleniu głowy; w ruchu rąk lub warg wypatrzyć tę
wewnętrzną tęczę barw, która przebiegając zmienia
ją w inną, 'w tę, gdzie Alana zawsze sumuje się z Ala-
ną, karty łączą się "tak, by uzupełnić talię. Idąc po-
woli obok niej wzdłuż ścian galerii widziałem, jak od-
daje się każdemu malowidłu, moje oczy mnożyły pio-
runujący trójkąt łączący ją z obrazem, a obraz ze mną,
po to by wrócić do niej w obawie zmiany, tej innej
aureoli, która spowijała ją przez chwilę, by ustąpić na-
stępnej, nowej, temu zabarwieniu wydającemu ją
owej prawdziwej, ostatecznej nagości. Nie sposób
przewidzieć, jak długo będzie powtarzała się ta osmo-
za, ile nowych Alan doprowadzi mnie w końcu do
syntezy, z jakiej oboje wyjdziemy pełniejsi, ona, ni-
czego nieświadoma, zapalająca nowego papierosa
i prosząca, bym ją zabrał na drinka, ja, przekonany,
że me długie poszukiwanie wreszcie dopłynęło do por-
tu i że od tej chwili moja miłość obejmie to co wi-
doczne i to co niewidoczne, przyjmie czyste spojrze-
nie Alany bez niepewności pozamykanych drzwi,
wzbronionych przejść.
Zobaczyłem, jak zatrzymuje się na długą chwilę
na wprost samotnej łodzi i czarnych skał na pierw-
szym planie: niedostrzegalne ruchy rąk sprawiały, że
wyglądała, jakby płynęła w powietrzu, jakby szukała
wyjścia na otwarte morze umykających horyzontów.
Już nie mogło mnie zdziwić, że .ten inny obraz, gdzie
spiczasty parkan broni wejścia do pobliskiego lasu,
każe jej się cofnąć, jakby szukała punktu, skąd będzie
widziała najlepiej, i naraz odepchnięcie, odrzucenie
poza wszelkie dopuszczalne granice. Ptaki, potwory
morskie, okna wychodzące na ciszę lub wpuszczające
widmo śmierci, każdy nowy obraz porywał Alanę,
pozbawiając ją jej poprzedniej barwy, wyryjvając
z niej modulacje wolności, wzlotów, dalekich; grze-

strzeni, potwierdzając jej negacją nocy i nicości, jej
pragnienie słońca, jej niemal przerażający impuls by-
cia Feniksem. Pozostałem z tyłu czując, że nie był-
bym w stanie znieść jej spojrzenia, jej pytającego za-
skoczenia, gdy zobaczy na mojej twarzy olśnienie po-
twierdzenia, bo to, to także byłem ja, to była moja
propozycja — Alana, moje życie — Alana, to było
to, czego pragnąłem, hamowane przez otoczenie i roz-
wagę, nareszcie prawdziwa Alana, nareszcie Alana
i ja, od teraz, od już. Byłbym chciał trzymać ją na-
gą w objęciach, kochać ją tak, żeby wszystko stało
się jasne, wszystko, na zawsze pomiędzy nami powie-
dziane i żeby z tej nie kończącej się miłosnej nocy,
(a znaliśmy ich już tyle) narodziła się pierwsza zorza
życia.
Doszliśmy do końca galerii, podszedłem do drzwi
wyjściowych wciąż jeszcze kryjąc twarz w nadziei, że
powietrze i światła uliczne zrobią mnie takim, jakie-
go Alana znała. Zobaczyłem, że zatrzymuje się przed
obrazem, który zasłaniali mi inni zwiedzający, że
stoi dłuższą chwilę bez ruchu patrząc na obraz przed-
stawiający okno i kota. Ostatnia przemiana uczyniła
z niej powolny posąg wyraźnie odcinający się od in-
nych, ode mnie, który zbliżałem się niepewnie szuka-
jąc oczu zapatrzonych w płótno. Zobaczyłem, że kot
jest absolutnie podobny do Ozyrysa i że patrzy w dal
na coś, co mur okna zasłania. Nieruchomy w swym
zapatrzeniu wydawał się mniej nieruchomy od nie-
ruchomej Alany. W jakiś sposób odczułem, że trój-'
kąt pękł, kiedy Alana zwróciła ku mnie głowę, trój-
kąt już nie istniał, ona weszła w obraz, ale już nie
wróciła, była tam obok kota, patrząc daleko za okno,
gdzie nikt nie mógł widzieć tego, co oni widzieli, co
tylko Alana i Ozyrys widzieli, ilekroć patrzyli mi
prosto w oczy.